Wsiowe zapiski. Rozterki matki dubeltowej po in vitro z dda. Wybuchowa mieszanka...
RSS
wtorek, 18 stycznia 2011

                             Będę szczera. Był taki czas podczas terapii antydepresantam, że nie miałam ochoty przystawać z ludźmi DDA. Drażnili mnie i irytowali swoim malkontenctwem. Dlatego nie kontynuowałam wirtualnych przyjaźni.

Byłam za to zachłyśnięta swoją mocą i energią. Nagle poczułam się tak lekka i pełna wigoru, że trudno mi było za sobą nadążyć :) Właśnie taka byłabym zawsze, gdyby nie depresja. Miałam sobie za złe, że miałam czas na taką fanaberię jaką według niektórych jest właśnie ten stan.

Wyrzucałam sobie, że nie mam prawa jej mieć, bo przecież nie przeżyłam tak naprawdę nic traumatycznego. Pytałam się siebie jak to możliwe, że osoby z pokolenia mojego ojca, które przeżyły wojnę, nie marudziły i nie utyskiwały na swoje życie?

Przecież jestem obdarowana przez los szczodrze. Co tam jakaś histeria z dzieciństwa?! A jednak.

Któregoś dnia mocno analizowałam przyczyny mojego depresji. Okazało się, że naprawdę każdy by miał prawo się podłamać

Zaczynając od wspomnianego dzieciństwa - nie będę wchodzić już w szczegóły, bo ani to budujące, a zresztą część tej historii jest Wam znana. Alkohol, władza, pieniądze, egoizm, namiętności, przemoc fizyczna, psychiczna, finansowa i seksualna.

Mając takie obrazki z dzieciństwa trudno być normalnym. To, że nie jestem menelką, bez zasad i kręgosłupa moralnego, jest dla mnie cudem. Przecież mogłam robić wszystko co mi się żywnie podobało, bo rodziców to nie obchodziło.

Pamiętam, że jako jedna z niewielu z klasy licealnej jeździłam ze swoimi chłopakami na wakacje pod namiot, a moi rodzice nawet nie wiedzieli dokąd?! Wtedy wszyscy w klasie  zazdrościli mi, że mam takich równych starych, ale dla mnie był to szczyt nieodpowiedzialności.

Nie interesowały ich moje pasje i talenty. Tak naprawdę wiele z nich zaprzepaścili.

Byłam świetnym sportowcem. W podstawówce konkurowali ze mną w biegach chłopcy, bo dziewczyny zostawały daleko w tyle. Nauczyciele błagali mnie, żebym przychodziła na SKS i jeździła z nimi na zawody ( na kilku byłam) ale ja miałam inne obowiązki. Pilnowanie rodziców, żeby po imprezie się nie pozabijali. Często długo w nocy a czasem bladym świtem kończyli swoje maratony i wtedy trzeba było ich przypilnować. Ech. A rano miałam stawić na zawody...

Miałam też niesamowitą smykałkę jeżeli chodzi o wszelakiego rodzaju szkolne przedstawienia/apele. Zawsze w nich brałam udział, bo recytacja była moją pasją. Kilka razy brałam udział w konkursach recytatorskich i doszłam do eliminacji wojewódzkich.

Wystarczyło choć trochę mnie zachęcić, pokazać, że MAMA/TATA są ze mnie dumni!

Tak liczyłam, że choć trochę ich sobą zainteresuję. To byłoby dla mnie motorem działań.

A tak szybko kończyłam to co zaczęłam jak tylko miałam jakieś osiągnięcia, bo to w ogóle nie miało dla mnie sensu ze względu na brak poklasku rodzicielskiego.

ETC

Potem wieeeele sytuacji na studiach. Ojciec chciała, żebym została prawnikiem, albo lekarzem tak jak on. Nagle się ocknął, że trzeba mnie ukierunkować. Trochę za późno, bo podczas egzaminów na studia nie da się nadrobić zaniedbań kilkunastu lat. Kiedy odmówiłam, przestał ze mną rozmawiać. Próbowałam się dostać na etnologię i archeologię. Niestety ze względu na wrodzoną tępotę oraz fakt, że trafiłam na wyż demograficzny (12os na jedno miejsce) nigdzie się nie dostałam.

 

Wróciłam z wielkiego miasta W, gdzie zdawałam na etnologię i zabrakło mi 1 punktu, żeby się dostać. Ale mój debilizm nie zorientował się, że można było się odwoływać i pewnie bym się dostała na wymarzony kierunek.

Wróciłam do domu na tarczy po 6 godzinnej podróży różnymi środkami lokomocji. W domu zastałam stół suto zastawiony alkoholem i innymi smakołykami. Tym razem balowali z szanowanym w okolicy prawnikiem/bucem nad bucami.

W drzwiach zadali lakoniczne pytanie "i jak?" więc im powiedziałam, że zabrakło mi tylko jednego punktu. I wiecie co na to powiedział nasz gość?: "to trzeba być debilem, żeby nie dostać się na etnologię!"  Spojrzałam na moich rodziców oczekując jakiejś riposty, a oni NIC, Nie odezwali się słowem!!! To było jedno koszmarne PONIŻENIE! Gdyby ktoś powiedział tak o moim dziecku , wydarłabym mu gołymi rękami wątrobę! To był pierwszy raz kiedy chciałam z sobą skończyć. Wsiadłam w samochód i chciałam się zabić. Nie udało się. Zabrakło odwagi , by zniszczyć ojcu auto.....

W końcu dostałam się na moją wymarzoną archeologię. Co prawda w systemie wieczorowym, ale w mojej sytuacji było mi to na rękę. Ponieważ ojciec nie pogodził się z tym, że nie zostanę prawnikiem/lekarzem odciął mnie od finansów.

Zresztą dużo wcześniej wyprowadziłam się z domu. Obiecałam sobie , że nikt nie będzie mnie poniewierał i bił. Któregoś dnia odwożąc ojca na imprezę, usłyszałam, że po bagażniku auta turlają się butelki (oczywiście z alkoholem). Chcąc być dobrą córką postanowiłam je przenieść do barku, żeby się nie potłukły. Za parę godzin wpadł do domu ojciec z krzykiem gdzie są butelki z bagażnika auta. Wytłumaczyłam mu, gdzie je położyłam. I wiecie co - zamiast nagrody  dostałam kantem ręki w tył szyi. Trochę mnie zamroczyło, pozbierałam połamane kolczyki i poszłam na górę, żeby się spakować. To był ostatni jego cios. Na tyle skuteczny, że mam do tej pory zablokowaną szyję.

Wyprowadziłam się do dobrej duszy, których wokół mnie jest o dziwo dużo. Na studiach utrzymywałam się sama. Ważyłam 42kg, ale byłam szczęśliwa. Nie byłam od nikogo zależna. Pracowałam i studiowałam to co było moją pasją.

 

To, że wracam do tych chwil nie wróży dobrze....

20:22, freedda
Link Komentarze (7) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Przepraszam

Przepraszam Was serdecznie za to, że pozwoliłam się o mnie martwić.

Dużo przeszłam przez ten czas. Zaczynając od smutku, rozpaczy, przechodząc przez euforię spowodowaną zachłyśnięciem się życiem.

Jest dobrze. Antydepresanty nie rozwiązały problemów, ale pomogły mi wziąć się w przysłowiową garść.

Nie obiecuję, że będę tu systematycznie, bo bliźniaki całkowicie wypełniły mi życie. Kiedy mam trochę czasu to nie mam siły na zebranie konstruktywnych myśli.

BARDZO WAS PRZEPRASZAM i trzymam kciuki, żeby każada z nas mogła odczepić od siebie metkę DDA !

19:26, freedda
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 kwietnia 2010
Zapuściłam się

Zapuściłam się. W przenośni i dosłownie...

  

                  Błotnowola odziera z myśli twórczej.

Nie mogę tu spać. Biorę prochy, żeby zasnąć choć na godzinę. Nerwowa aura udziela się nawet dzieciakom.

Nie wiem czy ten cholerny dom stoi na jakiejś mega aktywnej żyle wodnej.Można tu naprawdę zwariować.

Nikt tu dobrze nie sypia. Ojciec od 15 lat cierpi na bezsenność, matka zresztą też. Zadziwiające jest to, że kiedy do mnie przyjeżdżają to ojciec śpi jak dziecko.  Byłyśmy zdziwione, że jeszcze nie wstał kiedy wybiła 9:00 nerwowo zaglądałyśmy do pokoju czy żyje :) Wstał rozpromieniony i powiedział, że dawno tak dobrze się nie czuł.

 

                        Błotnowola ewidentnie nie sprzyja dobremu samopoczuciu.

Niby wracam tu z rozrzewnieniem, bo przecież to miasto mojego dzieciństwa, a jednocześnie czuję się osaczona.

Osaczona złymi emocjami. Ludzie mimo, że Cię nie znają przechodząc obok natarczywie patrzą Ci w oczy. Często ich wzrok biega od góry na dół.

Uwierzcie mi nigdy z czymś takim się nie spotkałam. Zachowują się jak małe zaciekawione dzieci, które za wszelką cenę chcą sobie popatrzeć na jakieś zabawne cudo.

 Kiedy tam mieszkałam nauczyłam się zbijać ich z pantałyku – głośno mówiłam gapiącej się natarczywie osobie, „Dzień Dobry” i to ich rozbrajało! Zmieszani uciekali jak najszybciej.

 

                        To samo dotyczy rozmów telefonicznych. Podnoszę słuchawkę i mówię "Tak słucham?" , odpowiedź lakoniczna bez dzień dobry , albo pocałuj mnie w dupę "Z doktorem proszę". Zatem odpowiadam również lakonicznie "nie ma", "a kiedy będzie?", "a z kim rozmawiam?" Najczęściej po takim pytaniu już nic oprócz trzasku odkładanej słuchawki już nie usłyszę.

 

                        Już nie wspominam o godzinach o których wydzwaniają!

Kiedyś w sobotę, kiedy wszystkim należy się święty spokój po tygodniu zapieprzu, dzwoni telefon o 6 rano! Półprzytomna matka zamotana snem, odbiera telefon a tam damski głosik żąda rozmowy z doktorem.

Oczywiście nie dostąpiliśmy i tym razem przywileju poznania personaliów.

Wkurwiona matka mówi, że"nie ma go poszedł na spacer do widzenia"  Jeszcze miała nadzieję, że mimo podniesionego ciśnienia będzie mogła wrócić do lupianej przez nią czynności jaką jest spanie :). Ale nic z tego, gdy już witała się z Morfeuszem telefon znów przywrócił ją do rzeczywistości. Ten sam piskliwy  głosik w słuchawce powiedział stanowczo "Co mi pani pieprzy, że poszedł na spacer, kiedy jest 6 rano?!" !!!!!!!!!!!!!!!!

Matka z natury miła i dobra osoba tym razem nie wytrzymała i rzuciła słuchawką. No i sobotnie byczenie poszło w pizdu!.

 

                          Mogłabym Was zasypywać takimi ciekawymi historiami :) Teraz się z tego śmiejemy, ale kiedy ktoś notorycznie się do Ciebie dobija o nie przyzwoitych porach, a najczęściej jest to podczas weekendów , to uwierzcie może Cię szlag trafić.

 

                        Wspomnę jeszcze o dziwnym zwyczaju wchodzenia do cudzego domu bez pukania. Tak, tak.  Wychodzisz z łazienki a tu stoi Ci w przedpokoju obca babinka i rozglądając się pyta o doktora.

 

                       Wydawało nam się, że naleźliśmy rozwiązanie zakładając ciężką, elektryczną bramkę, którą nie da się "ręcznie otworzyć".

Jacyż my naiwni byliśmy!? I to nie stanowi żadnej gwarancji intymności.

Najczęściej  podsadzają się i przeskakują przez płot.... Widziałam na własne oczy jak żona podsadzała męża...

 

Pewnie powiecie, że trzeba się cieszyć, że ojciec ma pacjentów. Nic bardziej mylnego.

On już nie praktykuje i nigdy nie miał prywatnego gabinetu w domu. Ludzie do niego ciągną bo im pomaga w załatwieniu pracy, szpitala, sanatorium itd. Ilość załatwianych tygodniowo spraw jest zatrważająca...

Dzięki temu mimo swojego wieku i przejścia na emeryturę czuje się potrzebny.

 

 

                         Dlatego tak unikam ludzi, bo przez nasz dom przewinęło się tyle ludzi, że nie mam siły już na kolejne spotkania. Ludzie mnie szybko męczą.

Najlepiej czuję się w samotności.

 

Podobnież pozytywny stosunek do samotności świadczy o naszym wewnętrznym rozwoju. Tak sobie to tłumaczę :)

21:41, freedda
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 15 marca 2010
Trwam

              Biegam, wrzeszcze, wariuję...Dzieci to uwielbiają. Jestem rozchwytywaną matką, dlatego nie mam czasu pisać nawet myśleć.

Moje przemyślenia stają się lakniczne jak ten wpis :)

Od tygodnia okupujemy Błotnowolę, bo bliźńiaki złapały paskudnego, zakatarzonego wirusa i musiałam szukać wsparcia u rodziców

           Zaczynam zauważać jak dobrymi dziadkami są moi rodzice :) Mimo wieku, bardzo się starają. Powiem więcej - są lepszymi rodzicami. Chyba wreszcie do tego dojrzeli :) Nie są idealni, bo któż jest? Doceniam ich starania.

 

           Dzieci są błogosławieństwem, bo dzięki nim tak wiele spraw weryfikujemy. Problemy stają się malutkie, bądź całkowicie znikają.

 

Już nie muszę mieć nieskazitelnego makijażu wychodząc z domu, nie mam ochoty ani siły uszczęśliwiać wszystkich dookoła, wystarczy mi, że one są szczęśliwe. Nie umoralniam już nikgo na siłę, nie szukam dziury w całym, nie krytykuję.

Biorę wszystko co mi życie daje. Czekam. Nie, źle mówię nie czekam, bo to kojarzy się z niepokojem - TRWAM, to chyba lepsze określenie.

 

               Siedzimy wszyscy w pokoju. Obserwuję moją rodzinę i jestem poruszona, że tak niewiele trzeba do szczęścia. Widzę miłość w naszych oczach. Uczymy się siebie od nowa. Mamy niewiele czasu. Trwoniliśmy go strasznie dużo, ale teraz wiem po co.

 

Wszystko jest po coś. Nawet te całkiem złe, okrutne chwile. Dobrze, że już o tym wiem.

 

00:41, freedda
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 marca 2010
Idylla

                  Mija kolejny pracowity dzieciaty dzień. Jedyny plus to, to, że stopniał śnieg i rozświeciło się nad nami siłońce. 

Ale nic z tego nie wyjdziemy na spacer bo gdybym wyszła z nimi sama to na  bank zaliczylibyśmy psie gówno, bo tyle ich tu jest, że trudno nie wpaść na jakieś.

Nie chcę pisać, że nienawidzę tego miejsca, bo obiecałam sobie, że takich uczuć jak nienawiść będę powolutku eliminować, ale rzeczywiście chyba tylko takie określenie przychodzi mi na myśl. Męczę się w tym bloku chyba już z 6 lat.

Nigdy nie czułam się tu dobrze, chyba ze względu na tą cholerną autostradę pod oknami. 

 

No nic być może doczekam się słodkich czasów, gdzie będę sączyła herbatę w altance stojącej w swoim ogrodzie. O tym marzę. Niewiele mam marzeń.

To jedno jedyne, pielęgnuję każdego dnia w swojej wyobraźni. Nie wyobrażam sobie życia tak drastycznie oderwanego od przyrody. Jak można tak żyć udając, że natura to zbyteczność?!

Pewnie są ludzie którzy się dziwią, że na świecie są tacy dziwacy jak ja, których marzeniem jest grzebanie w ziemi w celu zasadzenia jakiegoś zielska.  Chwała za to, że jesteśmy tak różni.

              

                  Oczami wyobrażni widzę dzieciaki brykające po trawie a za nimi pies/psy :) Gdzieś dalej na słońcu wygrzewa się kot. 

Ach jakie to wszystko sielankowo- iddyliczne, aż trąci kiczem w stylu „jeleń na rykowisku” :).

Mając takie szarpane dzieciństwo dąże do spokoju i idylli. Tak po prostu.

Po tylu dzikich imprezach i karczemnych awanturach, tworzę sobie taki świat za jakim tęskniłam. Za ciszą i spokojem.

 

Z tego powodu nie przepadam też za tłumem , wolę gdy jest luźniej. Tak wiele osób przewinęło się przez nasz rozedrgany dom, że teraz najchętniej spędzam czas w samotności.

Ludzi też sobie dozuję, tylko tyle ile ja chcę i kiedy chcę. Dlatego to grono jest tak nieliczne.

Powiecie, że od ilości liczy się jakość. Tak wiem, ale z tą „jakością” to trochę kiepsko. Nie dlatego, że uważam ich za gorszych od siebie , po prostu są to ludzie bez jakichkolwiek życiowych burz i nadają zupełnie na innych falach. Co nie umniejsza im tego, że niektórzy z nich są sympatyczni i bardzo mi przychylni.

                     Ludzie którzy w życiu nie przeżyli nic co zmąciłoby ich spokoju nie są w stanie zrozumieć takiej osoby jak ja. Wytykają mi, że wszystko mi przeszkadza ( szum ulicy przy której mieszkamy, bezsenność spowodowana np. zmianą otoczenia itp.), że jestem nerwowa i unikam nowych znajomości.

 Mają racje Ci moi „przyjaciele”.

Tylko kiedy porównam ich rodziny, które wiecznie wtykają swoją miłość i czas dla ukochanej córusi czy synka, to wyć mi się chce. Najzwyczajniej na świecie jestem zazdrosna o każdy gest tych idealnych rodziców.

Kiedy widzę na wakacjach obcą, uśmiechniętą rodzinę, to mam łzy w oczach i pytam się dlaczego ja tak nie miałam?

Obserwując ich jak troszczą się o te swoje dorosłe już kruszyny, kiedy słyszę jak się do siebie odnoszą to ze zdziwienia odbiera mi mowę.

 

                       Miałam rodziców i dom, ale z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę wychowałam się sama. Z ich strony nie było żadnego wysiłku, tym bardziej poświęcenia...Żyli sobie od imprezy do imprezy a ja i siostrą wplotłyśmy się w tą pijacką rzeczywistość.

 

Każdy z nas miała swój świat, widzę to teraz jak dużo nas odgradzało.

Ojciec wiadomo – jego świat pracy społecznej, układów, spraw, zebran, libacji i innych ciekawych okoliczności.

Matka  całkowicie oderwana od rzeczywistości. Wykonywała polecenia męża i nic poza tym. Teraz przypominam sobie jak plątałam się jej między nogami. Nie byłam jej potrzebna, nie dawałam jej siłę jaką dają dzieci matce. Byłam balastem i powodem przez który nie odeszła od ojca.

Nawet nie wiem jak to się stało, że ja zdawałam z klasy do klasy, bo byłam przecież zostawiona sama sobie, a wiadomo, że taki podstawówkowy berbeć musi mieć motywację do nauki. Ale zdawałam i chyba całkiem nieźle. Teraz już nie pamiętam czy te dobre stopnie rzeczywiście mi się należały, czy po prostu były laurem złożonym doktorowi od grona pedagogicznego. Już tego nie pamiętam.

A szkoda, bo poczucie mojej mierności chyba ma właśnie źródło w tej niepewności mej oceny.

                Sister miała swój cichy świat. Zawsze grzeczna, posłuszna, mało ruchliwa i zamknięta w sobie.

 

Długo nie miałyśmy ze sobą żadnego kontaktu nie licząc kontaktów fizycznych w postaci bijatyk. Wiecznie ją prałam.

Byłam upierdliwa jak mucha tse tse. Okropny, krnąbrny i samolubny dzieckiem - to byłam ja.

 

Chyba jej nie lubiłam za to, że ją wszyscy dorośli chwalili, że jest taka poukładana. Mściłam się na niej niemiłosiernie.  Robiłam jej figle i psikusy.

Kiedyś namówiłam ją, że zrobię jej makijaż i pomalowałam jej powieki sproszkowaną srebrzanką do malowania kaloryferów.

He He chyba ze 2 tygodnie miała srebrne powieki. Nauczycielki były zbulwersowane tym , że przyszła taka wymalowana do szkoły!!!

Nie była mi dłużna i wykorzystując moją zachłanność na wszelakiego rodzaju słodkości, podała mi do picia oranżadę, która w rzeczywistości była płynem do mycia naczyń.

         

                     Właśnie taki miałyśmy ze sobą kontakt :) Kiedy podrosłyśmy i mogłyśmy stać się dla siebie przyjaciółkami, wyjechała do innego miasta do szkoły i tak zostałam sama ze swoimi troskami i z  niedojrzałymi rodzicami.

 

Było mi ciężko samej.

13:52, freedda
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 marca 2010
O czym?

                       O czym może pisać osoba siedząca 24h na dobę prawie w odosobnieniu? No bo Pucułów nie można nazwać pełnowartościowymi rozmówcami. Na razie operują słownictwem podstawowym czyli mama tata, daj, buuua czyli pies, kaka, eee czyli kupa, baba dziadzia i chyba tyle.

Mąż do rozmownych nie należy, więc powoli zapominam jaki dźwięk ma mój głos.

Ale czy mi z tym źle? No właśnie nie.

Bardzo rzadko dopada mnie smutek z powodu nielicznych znajomości, które są baaardzo powierzchowne, ale szybko mi mija. Niepokoi mnie to o tyle, że zaczynam być aspołeczna, a w dzisiejszych czasach trzeba brylować wszędzie i z kim popadnie, bo inaczej odstawią Cię na boczny tor.

 

Tak było w pracy. Nie „przyjaźniłam” się z nikim, nie chodziłam na imprezy, nie czułam całego tego żmijowatego środowiska. Nie byłam też niczyją kochanką, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby pozbyć się mnie. Przecież nikt za mną nie stoi więc będzie po cichutku.

 

                     Dlatego tak bardzo lubię samotność. Nie jestem odludkiem, bo lubię towarzystwo, ale tylko takie które ja wybieram i akceptuję. No i dlatego to taki wąski krąg.

Czasami wydaje mi się, że coś tracę. Że gardzę poniekąd ludźmi, a to już jest niezbyt jakby to powiedzieć etyczne?

Bo przecież powinniśmy kochać bliźniego swego jak siebie samego…

A tu lipa. Być może to, że chcąc pełnej akceptacji i umiłowania, rozdaję siebie po kawałku obdarzając sobą każdego napotkanego ludzia, byle tylko mnie akceptował i nie myślał o mnie źle.

Skąd ta paranoja? Sama nie wiem.

Chciałabym się zmienić i akceptować ludzi takimi jacy są a nie jakimi chciałabym, żeby byli. Z takim podejściem daleko w życiu nie zajdę nie w sensie kariery tylko w sensie rozwoju duchowego. No bo jak znaleźć swą ścieżkę duchową, kiedy gardzi się innymi boskimi istotami.

              

                        Nie chcę nadużywać wiary w tabletki na uśmiech, ale szczerze żywię nadzieję, że i w tej kwestii mi pomogą. Na razie trudno mi to zweryfikować, bo mam znikomą możliwość kontaktu z ludźmi.

                 

                             Wczoraj byłam na terapii. Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że M utknie gdzieś na długo w korkach i nie będę tam musiała jechać, ale niestety jak na złość zdążył.

 

Nic konkretnego mnie nie zraziło tylko wydaje mi się, że w moim przypadku terapia nic nie wnosi. Ja nie chcę czuć żalu, złości do rodziców.

 

Dosyć już w naszej rodziny było tych emocji i po co to jeszcze tym teraz epatować z mojej strony?

 

Jednak jest jedna rzecz, która mnie zdziwiła – na akupunkturze (zaczęłam od niedawna) pani powiedziała mi, że na wątrobie siedzi mi dużo złości.

Więc jednak ja tą złość gdzieś tam trzymam tylko nie wypuszczam jej dalej? 

Sama nie wiem, choć faktycznie nigdy nie byłam spokojnym osobnikiem. Cały czas coś mną targało, gniotło uwierało. Może to faktycznie ta złość? 

 

Dlatego gdzieś tam resztki rozsądku podpowiadają mi, że mimo iż nie „czuję” tej terapii, nie powinnam jej teraz przerywać. Może coś z tego wyjdzie? Poza tym nie chciałabym znowu czegoś nie dokończyć, zatriumfowałby znów słomiany zapał.

Głowa do góry kobieto zaczynam być z Ciebie dumna!

 

 

13:29, freedda
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 lutego 2010
"Egoizm 2010"

                   Błoga kilkudniowa nieobecność Pucułów dobiegła końca. Ich wyjazd był pierwszym z kroków w moim postanowieniu "Egoizm 2010". Kolejnym podpunktem tegoż pilotażowego projektu był fryzjer i kosmetyczka :)

 

Zrobiłam porządki w zakamarkach do których nie zaglądałam od dobrych kilkunastu miesięcy. 

 

Z bólem serca wreszcie rozstałam się z ubraniami w rozmiarze S. Trzymałam je 2 lata z nadzieją, że jeszcze kiedyś w nie wskoczę, ale kiedy zobaczyłam, że mole wyziarły dziury w moim ulubionym sweterku, stwierdziłam, że wcisnę się w nie, ale w kolejnym wcieleniu . Spakowałam do wora i rozdałam młodszym sikorkom :) 

 

Posprzątałam i powłóczyłam się trochę po internecie. Ot zwykłe kurze życie domowe....

                  

Jak na kuricę domową przystało powinnam się pochwalić menu obiadowym - otóż– krokiety z mięsem, bez mięsa i naleśniki z serem !

Na bogato a co! Jak sklep garmażeryjny dobrze zaopatrzony to można szaleć :)

Ciekawa jestem ile lat świetlnych zeszłoby mi własnoręczne przyrządzanie tych potraw? :) No niestety do wielu rzeczy mogę się nagiąć, ale gotowania nienawidzę.

 

Jak mam coś ugotować to cały dzień jest równoznaczny z dniem straconym.  Zanim znajdę przepis, potem 100 razy go studiuję, następnie zakupy na których mimo kartki listą sprawunków zawsze zapominam coś kupić!

 

Na koniec nerwowa ceremonia przygotowywania potrawy. Paniczne zerkanie do książki kucharskiej, około pięciu telefonów wykonanych do mamy, żeby upewnić się czy mieszać łyżką w prawo czy w lewo.

 

Potem degustacja, przy której też nie brakuje napięcia.  Jak tajny agent obserwuję obiekt poddawany eksperymentowi kulinarnemu, czyli zazwyczaj pada na mojego przeposzczonego M. Śledzę jego mimikę, tempo przeżuwania i styl nakładania potrawy na sztućce.

Nawet ruchy gałek ocznych są w stanie wiele mi powiedzieć! Trudno mnie zwieść! Nigdy mnie nie zawodzi ma intuicja kulinarnego obserwatora.

 

Łatwiej byłoby zadać mu pytanie: „No i jak smakuje Ci”, ale tylko naiwne kobiety wierzą w ich zapewnienia, że: „ach żabciu jakie to pyszne, naprawdę masz talent!”

No bo cóż taki biedny zagłodzony robaczek ma powiedzieć?! Prawdę, że to ohydne?

 

O nie nie oni też mają swoją taktykę i wiedzą czym to grozi. Czyli – przez następny rok zero jakichkolwiek posiłków, dąsy i fochy, teatralne szlochania do poduszki i żale: ”ja się do niczego nie nadaję”, przymusowa wstrzemięźliwość seksualna co najmniej przez kilka tygodni. Więc biedny żuczyna kłamie,  że "to delicja, nic się nie stało, że nie można pokroić to przez te tępe noże" etc. Wie że i tym razem uniknie wojny :)

 

No cóż jestem bardziej aktywna w innych dziedzinach. Taaa tylko jakich?

 

                    Terapeutka zadała mi zadanie – za co siebie cenię. Już piąty dzień i nic mi nie przychodzi do głowy.

No może, że w końcu odzyskałam poczucie humory :) Ciężka ta praca domowa. Ale trzeba  zacząć darzyć się szacunkiem i zaufaniem i wpajać sobie samej jaka to jestem Bossska!

czwartek, 11 lutego 2010
Pamięć/Niepamięc

                             Dobrze jest pamiętać swoją przeszłość. Zawsze zadziwiała mnie znakomita jakość wspomnień ciotki Kazi i Stasi, które miały już sporo po siedemdziesiątce, kiedy snuły swe opowieści z lat swej młodości. Operowały imionami, nazwiskami, koligacjami rodzinnymi i wieloma innymi szczegółami sprzed sześćdziesięciu a nawet siedemdziesięciu lat.  Opowiadając te historie przeżywały takie same uczucia jakby przenosiły się w czasie. Pamiętały wszystko – kolor, smak, zapach.

Jakże blado na ich tle wypadam ja, a raczej moja pamięć. Zacznijmy od tego, że powinnam ją raczej nazywać „niepamięcią”, bo z zapamiętywaniem ma mało wspólnego. Nie wiem czy to dar czy przekleństwo ( w czasach szkolnych było raczej tym drugim).

 

Wszystko jestem w stanie NIE ZAPAMIĘTAĆ.  Poza tym mam wrażenie, że nawet jeżeli pamiętam dane zdarzenie to na pewno miesza mi się chronologia. Jakby to nie było moje życie, tylko cudze podglądane od czasu do czasu. /

                     Są w tych wspomnieniach również białe plamy. I nie mówimy tu o wieku dziecięcym. Sprawy dotyczą okresu pomiędzy liceum a latami studiów. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego „fenomenu”.

To przykre, kiedy Twoja bratnia dusza mówi Ci, że przeżyła z Tobą fajne chwile a Ty o tym nie pamiętasz i tylko kiwasz głową udając, że wiesz o czym mówi!!

 

Nie wiem czym zasłużyłam na taką łaskę lub niełaskę? Być może wtedy było za dużo informacji? Szczególnie tych złych, traumatycznych? Jednak coś sobie przypominam – obezwładniającą niemoc i strach, kiedy moje myśli tam wracają. Czasami proszę je, żeby choć na chwilę pozwoliły mi tam zostać, ale one zawsze mnie stamtąd wyrywają, szarpią i wołają „wróć nie oglądaj się za siebie”.

                          

                             Nie wiem kogo słuchać, bo przecież trzeba to wszystko jeszcze raz przeżyć, by zacząć żyć od nowa. Tak mówi terapeutka. A moja podświadomość szarpie mnie za rękaw i kiwa przecząco głową. Zawsze jej ufałam i dobrze na tym wychodziłam. Co teraz co teraz. Znowu rzucić coś co zaczęłam? To takie proste i klasyczne dla DDA.

 

Więc byłam dziś na terapii. Nie było tak źle jak przypuszczałam. Terapeutka zauważyła w moim wyglądzie zewnętrznym pozytywne zmiany. Zawsze kiedy czuję się silna, płonie żywioł w moich oczach. To z nich bliscy odczytują mnie.

Nie mówię, że terapia nic nie wnosi w moje życie, bo chociażby pigułki szczęścia. Zawsze byłam żywiołowa i od życia oczekiwałam ciągłego ruchu i to nie do tyłu tylko do przodu. A niestety terapia jest dla mnie właśnie takim krokiem wstecz. To mnie drażni i irytuje. Terapia śmierdzi mi trochę malkontenctwem, którego ostatnimi czasy nie toleruję. Ale na dzień dzisiejszy nie przerwie jej, bo terapia stała się rodzajem mojego intelektualnego odśmiecania:)  Zresztą miło mi się gawędzi z terapeutką :)

 

A propos pamięci – żeby nie zapomnieć opiszę swe dzisiejsze wyczyny.

Mianowicie odwiedziłam znienawidzoną przeze mnie jednostkę Straży Miejskiej i  chyba załatwiłam sprawę nieszczęsnego mandatu za złe parkowanie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Siedząc w poczekalni moje oczy natchnęły się na dużo  mówiący napis wyryty na ścianie - CHUJE. Podzielam uczucia autora grafitti :)

Przespacerowałam się przez pół miasta, bo świeży tlen ostatnimi czasy był mi obcy, ze względu na brak możliwości opuszczenia swego domostwa zwanego przez moją podświadomość aresztem.

Poczyniłam zakup upiększający w postaci farby do włosów ( na drugim końcu miasta), a także umówiłam się z fryzjerem i kosmetyczką.

Skromnie dodam, że wszystko to załatwiłam drogą pieszą, ponieważ moja srebrna strzała została śnieżną kulą bez dechu, bo akumulator odmówił współpracy tuż po pierwszej nocy mrozów. Swoją drogą muszę go w końcu odśnieżyć, bo wywiozą go razem z resztą śniegu do Wisły.

Co jeszcze?! A mało to jak na jeden dzień dla osoby, która odwlekała ze wszystkim przez ostatnie 2 lata?! 

Ruszyłam z kopyta z zaległymi sprawami. Masa telefonów, umówionych spotkań i wielka nadzieja na lepsze jutro :)  

 

środa, 10 lutego 2010
Rekord

                 Pobiłam wczoraj swój życiowy rekord w spaniu – do 14.00 !

Tak zgadza się to przegięcie, ale mam tyle zaległości w tej kwestii, że otworzywszy oczy o 13 stwierdziłam, że jeszcze mi nie dość.

 

Sen jest dla mnie swoistym rodzajem ucieczki od rzeczywistość. Naprawdę lubię spać i śnić. Może ktoś uzna to za lenistwo, ale dla mnie to jedyna możliwość naładowania baterii.

Kiedy jestem wyspana, mam lepszy nastrój i więcej siły.

M nie rozumie jak można tak dużo spać. On kładzie się późno, wstaje wcześnie i jego organizm nie robi mu żadnych afer.  Można by rzec – co kraj to obyczaj :).

Ale coś końcu o życia mi się należy. Nie mam żadnych kosztownych nałogów, więc chociaż w spaniu jestem the Best.

 

                      A teraz o przykrych stronach bycia żoną. Maż zapomniał o banalnych imieninach żony…Tak właśnie jak przez całe życie mało się wymagało to ma się teraz to na co się zapracowało, czyli nic :)

I nie chodzi tu o drogie prezenty. Chodzi o fakt jakie to ma dla męża znaczenie. No i wynika, że znikome.

Wydaje mi się, że się oddalamy  od siebie. Może to przez to, że spieprzyło  mi gdzieś libido, wraz z pigulkami szczęścia? Dla  facetów to ma znaczenie, w szczególności dla M, który ma duży temperament seksualny.

Tak źle i tak niedobrze. Czuję się jak egoistka biorąc tabletki, które dają mi spokój i szczęście a unieszczęśliwiają popęd M.

Mam nadzieję, że jest na tyle mądry i nie będzie skakał na boki, bo raczej nie jestem z tych co potrafią po takim incydencie żyć z niewiernym pod jednym dachem.

 

                   AAAAAA zapomniałam o najważniejszym ! Mimo, że zapomniał o urodzinach to zrobił mi najlepszy prezent jaki mogła dostać utyrana matka – wywiózł dzieci do teściów. Juhu! Cisza, swoboda, wino dzikie węże!!

Jak niewiele trzeba matce do szczęścia!!! 

To przerażające, bo nie wiem co ze sobą począć. Już posegregowałam ubranka, poukładałam w szafie, chciałam nawet odkurzyć, ale wygląda na to, że dzieci zepsuły odkurzacz, więc w ataku furii na ten wiecznie kulawe urządzenie, zakupiłam nowe prze Internet.

Ileż to lat już morduję się z odkurzaczem czeskiej produkcji  MPM. Powinni być karani za takie utrudnianie ludziom życia!

 

Więc możemy uznać, że kupiłam sobie prezent imieninowy :). Ależ ze mnie praktyczna bestia!

 

                   Zrozumiałam po tylu latach po czemu służą te wszystkie święta i rocznice.

Kobieta ma 100% pewność, że mężczyzna zapomni o którejś ze znaczących rocznic małżeńskich i oto połowica ma oręż w ręku!

 Fuczy, nadyma się i szlocha teatralnie pod nosem, że „ja dla Ciebie już nic nie znaczę..”

Piłeczka odbita, teraz ruch należy do samca. Najczęściej godzą się na prośby rzucone mimochodem przez żonę jakieś 2 tygodnie wcześniej (np moja prośba o wyjazd z dziećmi do teściów).

Oczywiście wtedy się nie zgodził, bo to „absurdalny pomysł”, a że teraz to przemyślał i zdiagnozował zagadnienie, zgada się i oczywiście pokryje wszelkie koszta.

I w ten oto sposób kobiety są zawsze „gorą”:))

 

Ps  chyba zacznę obchodzić pogardzane przeze mnie walę tynki i inne bardziej absurdalne rocznice np.: pierwszego pocałunku, pierwszego stosunku, ślubu itd. Trochę się tego nazbiera będę miała argumenty nie do odparcia :)

sobota, 06 lutego 2010
Dziś :)

                 Oszalałam na punkcie swoich dzieci! Dopiero teraz poznałam co to znaczy ta wielka matczyna miłość.

Owszem kochałam ich, ale to było takie uczucie bardziej obciążające niż uskrzydlające.

Każda myśl o przyszłości i teraźniejszości była udręką. Całkowicie czarnym scenariuszem. Obezwładniające poczucie  przegranej, jako kobiety niezależnej i spełnionej.

Fakt nadal kiepsko się czuję będąc na biednym garnuszku M, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Może fakt, że dostałam odprawę nieco odsunął moje złe samopoczucie:).

 

Kwitnę jako matka i kobieta. O takim macierzyństwie marzyłam! Tak to sobie kiedyś wyobrażałam a na pewno takie chciałabym mieć dzieciństwo.

Dlatego tak mocno się zapętlałam i zjadałam własny koniec, zdając sobie sprawę na jak wiele sposobów można skrzywdzić dziecko, byłam przerażona swoim powielającym zachowaniem w stosunku do Pucułów.

Wstyd mi nawet o tym pisać, bo aż trudno uwierzyć, że sprawiła to depresja. Ale teraz kiedy sobie poszła, wiem, że jestem dobrą matką, dobrym człowiekiem.

Nawaliłam, bo mój mózg nigdy nie był nastawiony na produkcję serotoniny, kontrolującej nastrój i działajej właśnie antydepresyjnie.

Pernamentny stres spowodował, że mózg odzwyczaił się od produkcji tego neuroprzekaźnika.

I tak w kółko byłam nieszczęśliwa.

Wmawiałam sobie, że kolejna zmiana otoczenia, miejsca zamieszkania, czy statusu coś pomoże. I dlatego przez tyle lat się tułałam. Trochę tu , trochę tam. Jakiś czas z tym, potem z tamtym. I nadal byłam nieszczęśliwa.

Mimo, że kochało się we mnie pół męskiej populacji Blotnowoli, to czułam się ciągle samotna, wyobcowana. Jakby nie z tego świata. Mówiono o mnie, że jestem zarozumiała, bo unikam ludzi. A ja się po prostu ich bałam. Bałam się, bo myślałam, że jestem od nich gorsza, miałka, nieciekawa. Cóż taki ktoś jak ja mógł wnieść w życie kolorowej, roześmianej gawiedzi?

 

 Niestety nadal towarzyszy mi to uczucie. Grono ludzi, których „dopuszczam do siebie” jest malutkie.  Zdaję sobie sprawę, że to moja wina, ponieważ krytycyzm postępowania innych jednostek, jest mocno we mnie rozwinięty i nie akceptuję odchyleń od mojej sztywno określonej „normy”.

Z tym też walczę i pomogły mi trochę antydepresanty.

Już nie zalewam wszystkich tym obrzydliwym krytycyzmem, dochodzi do mnie, że każdy ma prawo żyć według swoich norm i zasad.

Unikam osób z którymi kiedyś czułam się dobrze - wiecznych malkontentów, szukających dziury w całym. Mam dość  narzekania, utyskiwania i wszechobecnego w moim życiu ddowca, użalania się nad swoim losem. Jestem szczęśliwa i nie waham się tego szczęścia użyć!

Z każdym dniem czuję się lepiej. Owszem podczas PMSa, jestem bardziej podminowana, ale nie aż tak jak kiedyś. Mniej przeklinam, M w ogóle mnie nie denerwuje, nie doszukuję się podwójnego dna jego wypowiedzi. Jak mi coś nie pasuję informuję go o tym a nie wrzeszczę jak kiedyś J.Dziwne, że potrafiłam tak cierpieć przez tyle lat?!

 

                  Pucuły są całkowicie absorbującymi stworzeniami, które już nie wyprowadzają mnie z równowagi przy byle głupocie.

Jedyną jednostką jaka cierpi na mojej przemianie, to nasze mieszkanie :) Wygląda jak po desancie sił koalicyjnych.

Tu wybuchła  bomba i wywróciła pudło zabawek, tam wykopano okop i zdarto kawałek tapety, stworzono siatkę maskującą z pobliskiej zieleni stojącej na parapecie, tędy przejechały czołgi, których ślady wyraźnie widać na parkiecie….  Tworzą nierozerwalną koalicję, gdy jedno zaczyna wysypywać artykuły spożywcze z szuflady, natychmiast z pomocą przybiega drugie.

 

 Nie zabraniam ( w granicach rozsądku), nie krzyczę, nie karcę. Obserwuję i nie mogę wyjść z podziwu, że zasłużyłam na takie dwa cuda?! 

 

              Jak niewiele trzeba zrobić, żeby Twoje życie się zmienilo. W moim przypadku, wystarczyły tabletki szczęścia.

 

              Pisząc to mam nadzieję, że komuś pomogę. Depresja to zwykła choroba, tak jak grypa i trzeba ją leczyć, a przede wszystkim nie należy się jej wstydzić. Długo zapierałam się przed antydepresantami, ale teraz wiem, że to był zmarnowany czas.

 

 
1 , 2 , 3